Koalicja przeciw grzechowi, czyli nie taka spowiedź straszna

Kategorie: Ciekawe artykuły

Otwierając konfesjonał, usłyszałem dziwne słowa: „Idź, idź do spowiedzi!“. Zobaczysz, jak ci ksiądz nagada. Kątem oka zobaczyłem chłopca, który, co prawda, sięgał głową ponad stół, ale tylko trochę. Kobieta towarzysząca mu, prawdopodobnie mama, wysyłała go z takim komentarzem do sakramentu pokuty. Nie dziw, że malec wszedł do konfesjonału z nietęgą miną i rozpoczął spowiedź drżącym głosem. Spodziewał się ostrych słów z mojej strony. Parę miesięcy później, w zupełnie innym miejscu, proboszcz poprosił mnie o pomoc w spowiedzi. Przyszedł do konfesjonału mężczyzna, który w wielkiej jak bochen pięści ściskał książeczkę od Pierwszej Komunii Świętej. I choć prawdopodobnie jednym uderzeniem mógłby mi przetrącić kark, to drżał i trząsł się w trakcie spowiedzi, jak chłopiec, który za chwilę zostanie ukarany dotkliwie za jakieś wykroczenie.
Mali i duzi, młodzi i starzy, tak różni, a tak podobni w dużym lęku przed sakramentem pokuty. A przecież ten sakrament jest świętem pojednania, miłosierdzia, bliskości Boga pochylającego się z dobrocią nad człowiekiem. Jakie są źródła obaw i lęków przed spowiedzią? Zagadnienie godne porządnej kwerendy przeprowadzonej przez socjologów lub psychologów. Wyniki z pewnością byłyby interesujące. Nie mając jednak takich możliwości, oprę się na własnych obserwacjach zwykłego miejskiego duszpasterza i spowiednika.
Straszenie spowiedzią
Pierwszą przyczyną lęku chrześcijanina przed sakramentem pojednania bywa straszenie małego jeszcze dziecka spowiedzią, jak to miało miejsce we wspomnianym przykładzie. Bywa, że w dobrym zamiarze z sakramentu pokuty czyni się instytucję opresji. Najczęściej jest to tylko fragmentaryczne postrzegania chrześcijaństwa, a ostatecznie nierzadko i Boga samego, w perspektywie zakazu, opresji i możliwej kary przekroczenie któregoś z tych zakazów. Zwykle wtedy kapłan, a spowiednik szczególnie, są traktowani jak policjanci z drogówki namierzający kierowcę przekraczającego dozwoloną prędkość. Podstawową troską jest wtedy, jak nie dać się złapać czy ewentualnie, jak się wykręcić od zapłacenia mandatu. Podobnie w sakramencie podstawową troską jest jak najszybsze jego zakończenie, ewentualnie jak najmniej trudne jego przeżycie. Wychowanie w takim duchu, straszącym Bogiem, księdzem, albo i jakąś nagłą karą, prowadzi w najlepszym wypadku do przepełnionego lękiem życia religijnego, a w najgorszym do zupełnego odrzucenia sakramentu pokuty bądź w ogóle katolicyzmu.
Podstawowym błędem jest tu wykrzywienie ewangelicznego obrazu Boga i Kościoła poprzez ich upolicyjnienie. Zamazane zostają centralne elementy ewangelicznego orędzia, które przedstawia Boga jako Kogoś poszukującego człowieka i obdarzającego go swoją miłością przebaczającą. To obraz Miłosiernego Ojca mistrzowsko namalowany przez Chrystusa w przypowieściach – zwłaszcza tych zawartych w 15. rozdziale Ewangelii według św. Łukasza, jasno wyrażony w pięknym stwierdzeniu św. Pawła z Listu do Rzymian: „Bóg zaś okazuje nam swoją miłość przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami“ (Rz 5, 9). Chrześcijanin, owszem, ma stawać w prawdzie o sobie i swoim życiu, ale nawet jeśli przekonuje się o swoim grzechu, to dzięki wierze odkrywa, że nie jest to prawda ostateczna o jego życiu. Tą Prawdą jest Jezus Chrystus, który umarł za jego grzechy, za grzechy każdego człowieka i to dzięki Niemu może z nadzieją powtórzyć za synem marnotrawnym: „Wstanę i pójdę do mojego ojca“.
Oparte na strachu przeżywanie sakramentu pokuty i szerzej chrześcijaństwa bardzo często przyjmuje postać legalizmu – liczy się tylko zachowanie prawa – przykazań, przepisów realnych bądź nieraz wyimaginowanych. U podstaw takiej postawy kryje się także błędne rozumienie prawa Bożego i grzechu. Bardzo często za grzech, zło uznaje się złamanie prawa, bez zrozumienia, że zakaz sformułowany w przykazaniu – np. nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij – zakazuje jakiegoś czynu dlatego, że on jest zły. Ktoś zabijając człowieka, czyni zło, które jako zło samo w sobie zostaje zakazane przez przykazanie.
Poranienie w trakcie spowiedzi
Bywa jednak i tak, że strach przed sakramentem pokuty wynika z niemiłych lub wręcz traumatycznych doświadczeń. Ktoś został skrzyczany przez kapłana, ktoś poczuł się niezrozumiany albo dotknięty niedelikatnymi pytaniami. Z pewnością każdą taką sytuację trzeba rozpatrywać osobno, każda jest bowiem inna. Każdą osobę, która ma za sobą takie doświadczenia, pragnę zaprosić do podjęcia kolejnej próby powrotu.
Może warto umówić się z kapłanem o dogodnej porze, a nie pozostawiać spowiedzi na ostatnie dni przed świętami, kiedy napływ wiernych jest duży, a spowiednicy nieraz przemęczeni. Być może znamy kapłana, z którym, jak sądzimy, będzie nam się łatwiej porozumieć. Poprośmy go o taką spowiedź i nie bójmy się wspomnieć o naszych bolesny przeżyciach. Z pewnością każdy spowiednik może nas ważnie rozgrzeszyć, ale po trudnych doświadczeniach warto spotkać się z kapłanem, który, jak przypuszczamy, lepiej nas zrozumie. Przy okazji warto zaznaczyć, że w sytuacjach, kiedy kapłan zaczyna w konfesjonale krzyczeć lub wypowiadać sądy niegodne konfesjonału lub niezgodne – jak sądzimy – z nauką Kościoła, mamy prawo spokojnie zaprotestować: „Proszę, niech ksiądz na mnie nie krzyczy!“ albo „Proszę mi jaśniej wytłumaczyć, gdyż to co ksiądz mówi, wydaje mi się niezgodne z prawdami naszej wiary“.
Horror własnego życia
W niektórych sytuacjach zarzut dotyczący niewłaściwej postawy spowiedników okazuje się nieuzasadniony. Otóż kapłan ani źle nie zrozumiał, ani nie był niedelikatny, a jedynie konsekwentnie przedstawiał naukę moralną wypływającą z Ewangelii oraz wskazywał konieczność zmian w życiu penitenta. Ostatecznie źródłem lęku przed spowiedzią nie jest ktokolwiek czy cokolwiek poza samym spowiadającym się. Stając wobec osądu własnego sumienia orientuje się on, że szczera spowiedź oraz prawdziwy żal wraz z postanowieniem poprawy domagają się zmiany życia, porzucenia grzechu oraz dobrowolnych bliższych okazji do jego popełnienia, a na taką zmianę nie jest jeszcze gotów. Co więcej, sam sakrament pokuty uświadamia takiej osobie jej osobiste wewnętrzne nieuporządkowanie, zaś spowiednik będzie domagał się deklaracji i konsekwentnych zmian w życiu, np. zerwania pozamałżeńskiego związku, zaprzestania okradania innych oraz zwrotu ukradzionych dóbr, zaprzestanie wizyt u wróżki. Często reakcją na taką sytuację jest agresja wobec Kościoła, wyśmiewanie samego sakramentu pokuty, bywa, że ktoś próbuje zupełnie wyeliminować relację do Boga ze swego życia.
Nieraz w obliczu ważnych wydarzeń w najbliższej rodzinie, takich jak ślub, chrzest, Pierwsza Komunia, pogrzeb, ktoś taki próbuje wymusić na spowiedniku rozgrzeszenie. Padają wtedy propozycje, aby rozgrzeszyć warunkowo, choćby na ten jeden ważny dzień, oraz zarzuty, że kapłan jest nieczuły, nieżyciowy i w ogóle negatywnie nastawiony. Zapomina się w takich momentach, że sakrament pokuty to wyznanie przede wszystkim wobec Boga, a trudno Boga traktować poważnie tylko przez jeden dzień… Rozgrzeszenie otrzymane bez szczerego żalu za grzechy oraz postanowienia poprawy jest nieważne i tutaj nie ma czegoś takiego jak „rozgrzeszenie po znajomości“, dawane jak dawniej, w realnym socjalizmie, szereg towarów „spod lady“.
Również i takie osoby zachęcałbym mimo wszystko do pójścia do konfesjonału. Jeśli nie potrafią jeszcze porzucić grzechu, który ich zniewala, niech porozmawiają o tym ze spowiednikiem. Może coś poradzi, pomoże, a z pewnością obieca modlitwę w intencji nawrócenia i poprosi o nią innych wierzących, oczywiście bez zdradzania tego, co należy do tajemnicy spowiedzi.
Nieraz zdarza mi się prosić o modlitwę za moich penitentów, a i sam staram się o nich pamiętać. I jest to – pragnę zapewnić – normalna praktyka spowiedników. Myślę, że warto to sobie uświadomić przystępując do sakramentu pokuty. W nim wszyscy są przeciw grzechowi, a po stronie penitenta: i Bóg, i Kościół reprezentowany przez kapłana, i co bardzo ważne – sam penitent.

Piotr Jordan Śliwiński OFMCap
www.opoka.org.pl