Róbcie swoje

Kategorie: Ciekawe artykuły

Nie zapominajmy, że słowa te są efektem potrójnego przekładu. Chrystus wypowiedział je po aramejsku. Zostały najpierw przetłumaczone na grekę, później na łacinę, a dopiero potem na polski. Apostoła Shim’ona Chrystus naprawdę nazwał „Kafas”, co zostało przetłumaczone na grekę jako „Petros”, na łacinę jako „Petrus”, a na Polski jako „Piotr”. Po drodze sens tego zdania zupełnie się zagubił: co innego jest budować Kościół na „skale” czy na „kamieniu”, bo takie polskie słowa zbliżone są do aramejskiego oryginału, a co innego na „Piotrze”. Niewielu wiernych rozumie, dlaczego Chrystus chciał budować Kościół na Piotrze.

Język przekładów

Słychać narzekania, że dzisiejszy Kościół stracił panowanie nad Słowem, że nie potrafi językiem ludzi współczesnych przekazać im wartości odwiecznych i wartości transcendentnych. W istocie, sądzę, że nie jest tak źle.

Język Kościoła to język każdego wierzącego. Nie sposób wyodrębnić jednego, wspólnego języka dla wszystkich. Poczynając od narzecza: język aramejski, zwłaszcza jego zachodni dialekt, którym posługiwał się Chrystus i Apostołowie, używany jest w kilku zaledwie wsiach syryjskich, ale i ich mieszkańcy mają kłopot ze zrozumieniem Nowego Testamentu, a także języka Chrystusa z „Pasji” Mela Gibsona, w której podjęto próbę odtworzenia tego narzecza. Nie wychwycimy już wszystkich subtelności oryginalnego przekazu. Nie pojmiemy go do końca bez znajomości kontekstu historycznego, obyczajowego, religijnego i lingwistycznego sprzed dwóch tysięcy lat. Starogrecki, oficjalny język Cesarstwa Rzymskiego uważany jest za martwy, podobnie jak łacina. By zatem mówić o wartościach, by przytaczać Słowo Boże Starego i Nowego Przymierza, skazani jesteśmy na przekłady.

Jak bardzo „niewierne” one bywają, niech świadczy fakt, że miliard chrześcijan, dzień w dzień, nieświadomie obraża Boga w pacierzu: miast „i nie wódź nas na pokuszenie” powinno być „spraw, byśmy nie ulegali pokusom”, ale błąd wszedł do tradycji i nawet papież nie jest wystarczająco potężny, by go zmienić (Jan Paweł II podjął próbę, ale poniósł porażkę i pacierz mówimy w wersji tradycyjnej, z błędem).

A rogi, które przez stulecia przyprawialiśmy nieszczęsnemu Mojżeszowi? To efekt błędu w tłumaczeniu; powinny być „promienie”, wyszły „rogi” i nawet Michał Anioł nie ustrzegł się owej nielogiczności. Właściwie każdy, kto rozpocznie pracę nad analizą Biblii w jednym z dawnych języków – hebrajskim, aramejskim, grece czy łacinie – konstatuje ze zdumieniem, jak odległy jest jej kanoniczny tekst od oryginału, ba, jak wiele interpretacji ówczesnych spółgłosek można współczesnym czytelnikom zaoferować. Zaczynając od „Na początku był chaos”, który, po całkiem logicznej zamianie samogłosek, może brzmieć „Bóg urodził się z własnej głowy”…

Słowo – to potężne narzędzie, tworzące wszechświaty, tworzące tysiącletnie Kościoły – okazuje się zatem bardzo zawodne…

Język papieży

Ktokolwiek żyje wystarczająco długo, z pewnością zauważył istotne różnice w tym, jakimi językami posługiwali się papieże. Wypowiadane przez nich zdania były zwierciadłem ich osobowości, a na dodatek dwaj ostatni (ale nie oni jedyni), pełniąc urząd, nie korzystali z języka ojczystego. Język był ich marką, ich „handschriftem”, ich personalną pieczęcią. Podobnie było z językami ich rzeczników, odkąd taka funkcja (całkiem niedawno) pojawiła się w Watykanie. Sam miałem bardzo wiele zastrzeżeń do języka Joaquina NavarroVallsa, do jego sarkazmu, czasami przechodzącego w pogardę, czasami przypominającego do złudzenia język Urbana. Ale przy dzisiejszym języku księdza Federico Lombardiego (który zna pół tuzina narzeczy, ale w żadnym z nich nie ma nic do powiedzenia), Navarro zdaje się niedoścignionym wzorcem.

Współcześni czytelnicy, słuchacze, telewidzowie, przyzwyczajeni do pełnej dowolności żargonu politycznego, nauczeni języka telewizyjnych dziennikarzy, mają – wydaje się – kłopoty ze zrozumieniem Watykanu i papieża. Watykan w swoich oficjalnych dokumentach posługuje się językiem zawiłym, ciężkim, wymagającym wysiłku, ciemnym. Cóż, proboszczowie mogą sobie pozwolić na obrazowość, na posługiwanie się językiem swoich owieczek; Watykan nie. On musi być jednoznaczny, odpowiedzialny za wszystko, co zostanie napisane i co napisane nie zostało. Każde słowo padające z dworu Następcy Chrystusa ma swoją wymowę i wagę doktrynalną, nie może być dwuznaczne, nie może pozostawiać niedomówień, nie może z „promieni” robić „rogów”… Jesteśmy zatem skazani na pogłębiający się rozdźwięk między językiem codzienności a językiem oficjalnych dokumentów watykańskich. Musimy się z tym pogodzić, tak jak i z konsekwencjami, z tym że język dokumentów watykańskich jest przeznaczony dla wąskiego grona specjalistów, a nie dla szerokich rzesz wiernych. Pewna spontaniczność języka, którą wniósł w życie Kościoła Sobór Watykański II, okazała się kłopotliwa i Kuria musiała sporo się napocić, by wnieść znów w oficjalny język Sancta Sedes jakiś porządek.

Ale to wcale nie oznacza, że jesteśmy skazani na niezrozumienie i ignorancję. Do wszystkich kapłanów, począwszy od papieża, na parafialnym wikarym kończąc, należy przemawianie do swoich owieczek językiem dla nich zrozumiałym. I tutaj Bóg zesłał Kościołowi w ostatnich dziesięcioleciach papieży, będących prawdziwymi mistrzami, czasem nawet geniuszami języka.

Jan XXIII do dzisiaj jest we Włoszech, ale nie tylko tam, postacią charyzmatyczną, bo za pomocą kilku prostych słów potrafił dotrzeć do serc wszystkich, wzbudzić w nich pozytywne uczucia, zasiać w nich Dobrą Nowinę i chęć modlitwy (choć przy okazji był człowiekiem ogromnej odwagi, który nie zawahał się postawić Kościoła na krawędzi rozłamu, byleby tylko zatrzymać gwałtownie postępujący proces jego zanikania).

Jan Chrzciciel Montini, wyrafinowany intelektualista, który przyjął imię Pawła VI, był prawdziwym poetą; homilia, którą wygłosił podczas pogrzebu zabitego przez Czerwone Brygady Aldo Moro, do dzisiaj uchodzi za arcydzieło retoryki sakralnej: „…a teraz nasze usta, zamknięte przez ogromną przeszkodę, podobną do kamienia, przytoczonego przed wejście śmiertelnej groty Chrystusa, chciałyby się uchylić, by wyrazić De Profundis, czyli krzyk i płacz niezmazywalnego bólu, którym ta tragedia dusi nasz głos”…

O talentach literackich Jana Pawła II nie trzeba nikogo przekonywać, podobnie jak o jego fenomenalnej zdolności komunikowania chrześcijańskiego posłania najróżniejszym ludziom w najodleglejszych zakątkach świata. A i jego następca, papież Benedykt XVI potrafi wznieść się na wyżyny literackiego kunsztu: na jego audiencje generalne czy modlitwy Anioł Pański zawsze przychodzą tłumy, większe nawet niż do Jana Pawła II, by posłuchać jego słów wzniosłych i mądrych.

A tych, w dzisiejszym świecie, jest mało, bardzo mało… Szefowie mediów mówią, że słowa wzniosłe i mądre źle się sprzedają. Ale się mylą, bo nie po cuda, nie po dziwy, ciągną pielgrzymi do świątyń chrześcijaństwa, lecz po słowo, mądre i dobre.

Są też słowa, które Kościołowi i kapłanom nie przystoją, a mimo to padają. Wystarczy włączyć radio lub telewizję, żeby je usłyszeć. Czasami są efektem źle pojętej żarliwości, duszpasterskiej gorliwości, a czasami bywają po prostu dziełem owego szatana, o którym już nasi ojcowie mówili, że ubrał się w ornat i na mszę ogonem dzwoni.

Ileż razy Jan Paweł II i Benedykt XVI (chociażby w tych dniach, podczas pielgrzymki na Bliski Wschód i do Ziemi Świętej) napominali, że religie nigdy nie mogą być nośnikiem przemocy, bo wtedy sprzeniewierzają się samemu Bogu. Ileż razy napominali Ojcowie Kościoła, że religijny fanatyzm przeważnie staje się źródłem nienawiści, przemocy i śmierci.

A mimo to, brak odwagi tych, którym powierzono opiekę nad Ludem Bożym sprawia, że język złości, czasem nienawiści, nadal sączy się z ust i mediów, które prześcigają się w byciu „katolickimi”.

Język kaznodziejów

Z językiem Kościoła nie jest tak źle. Nie jest źle, bo każdy, kto chce usłyszeć Dobrą Nowinę, usłyszy ją, znajdzie drogę do źródła, napotka słowa, które trafią do jego serca i rozumu.

Duch Święty prowadzi duszpasterzy, także w doborze słów, tak, by każdy spragniony Słowa, mógł je usłyszeć i pojąć. Że – zdarza się – księża ściągają sobie homilie z Internetu? Że kopiują jeden drugiego? Ja bym się tym tak bardzo nie przejmował. Zasób słów – choć duży – jest jednak ograniczony. Umiejętność dobrania tych najwłaściwszych to cecha wieszczów, nie każdy kaznodzieja ma talent Mickiewicza. Czasami lepiej ściągnąć, niż powiedzieć coś głupio lub choćby nieskutecznie.

Kościół ma dziś w komunikowaniu potężnych konkurentów. Czasami czuje się ubogim krewnym, czasami, wobec przepychu i obfitości wielkich instytucji komunikacyjnych, bywa sfrustrowany szczupłością środków.

Ja bym poradził: „nic to!”. Wielkie gazety i telewizje mają wspaniałe stragany, lecz lichy towar; „towar” prawdziwie wartościowy dostanie się jedynie w kościołach. I dlatego: róbcie, księża, swoje i nie oglądajcie się na domokrążców handlujących tandetą.

Jacek Pałasiński
www.mateusz.pl