Złapać wiatr w żagle

Kategorie: Ciekawe artykuły

To nie oznacza jedynie, że On nas kocha, bo był taki czas, gdy nie było żadnego człowieka, a nawet świata, a przecież także wtedy Bóg był miłością. Bowiem w Bogu istnieje relacja; to największa miłość, jaką można sobie wyobrazić: miłość pomiędzy Bogiem Ojcem a Jego Synem. Ta miłość jest tak wielka, że jest Osobą, to jest właśnie Duch Święty. Ta prawda może też pomóc nam zrozumieć, że trzy Osoby Boskie stanowią jedno. Ojciec kocha Syna, Syn — Ojca, a ich wzajemna miłość do Duch. Ta trudna i pozornie abstrakcyjna prawda dotyczy także nas: pamiętamy, że kocha nas Ojciec, że kocha nas Syn… a tak rzadko się słyszy, że jesteśmy umiłowani także przez Ducha Świętego. A jakże mógłby nie kochać, skoro JEST miłością?

Czym jest natchnienie Ducha Świętego? Na czym ono polega w codzienności?

Skoro pytasz o codzienność, zapewne masz na myśli Jego codzienne natchnienia, a nie natchnienie biblijne (choć oczywiście jest między nimi bardzo wiele wspólnego, bo chodzi o natchnienie jednego Ducha). Odpowiem jednak słowami napisanymi w kontekście natchnienia biblijnego: „Kierowani Duchem Świętym mówili od Boga «święci» ludzie” (2 P 1, 21). Autor używa tu wyrażenia odnoszącego się pierwotnie do żaglowca popychanego przez wiatr. Czymś takim jest właśnie działanie Ducha, Jego natchnienie: On wskazuje naszemu „żaglowcowi”, dokąd się udać, co zrobić, co komuś powiedzieć… nigdy nie zmusza, ale doradza, wskazuje kierunek. Chyba nie da się wyrazić słowami, jak to działa, ale tak jest. Ja sama kilkakrotnie usłyszałam od spowiednika odpowiedzi na dręczące mnie pytania, których… nie zdążyłam jeszcze zadać. Po prostu spowiednik miał „dobrze ustawione żagle”, pozwolił Duchowi, by mówił przez niego. Ale to dotyczy nie tylko spowiedzi. Duch może mówić przez każdego z nas, może nigdy nie dowiemy się, że to, co komuś powiedzieliśmy, było przełomowe w jego życiu… albo też sami nie wiemy, dlaczego poszliśmy tam, gdzie byliśmy bardzo potrzebni. Ktoś czuwał i mocno „dmuchał”…

Co to są charyzmaty Ducha Świętego i czym różnią się od natchnienia?

Charyzmaty to dary, których Duch nam udziela dla dobra innych — i w tym można widzieć pewne podobieństwo do natchnienia, ale podczas gdy natchnienie jest raczej pewnego rodzaju podpowiedzią Ducha, charyzmat jest przede wszystkim uzdolnieniem: ktoś potrafi prorokować, ktoś inny ma dar uzdrawiania, ktoś inny szczególny dar przemawiania… nigdy nie podaje się listy wszystkich charyzmatów, bo Duch udziela takich darów, jakie są potrzebne Kościołowi w danej chwili. Charyzmaty to wielkie bogactwo Kościoła, bylebyśmy tylko umieli rozpoznać i właściwie wykorzystać to, czym Duch Święty nas obdarzył. Tak, chodzi o nas, nawet jeśli nie umiemy mówić językami czy uzdrawiać. Istnieją charyzmaty mniej „atrakcyjne”, ale nie są mniej potrzebne. Warto zadać sobie pytanie: czym Bóg mnie obdarzył, bym mógł służyć innym tym darem? Tak można odkryć swoje osobiste charyzmaty.

Jakie są imiona Ducha Świętego i co znaczą? Często w Kościele słyszymy słowo Paraklet…

W Piśmie św. i w Tradycji Kościoła używa się wielu określeń Ducha, część z nich jest dość zrozumiała — Duch Prawdy, Duch Ojca, Duch Syna… tych imion chyba nie trzeba tłumaczyć naszym pobożnym czytelnikom. Natomiast chciałabym podkreślić dwa trudniejsze określenia. Niekiedy nazywamy Ducha „Palcem Bożym”. Otóż wiemy, że pierwsze tablice Prawa, które Mojżesz otrzymał od Boga na Synaju, były napisane przez samego Boga. Czytając tekst zapisany na kamiennych tablicach, Izraelici mogli poznać Boże Prawo. A teraz, w czasach Nowego Testamentu, jeśli naprawdę pozwalamy Duchowi Świętemu, by nas prowadził, nie musimy ciągle zaglądać do katechizmu, by pełnić wolę Bożą, bo On wypisał Prawo Boże w naszych sercach, On sam nas poucza w głębi naszych serc. Może brzmi to dla nas jak abstrakcja… to zależy od naszej czystości serca i od pewnej duchowej wrażliwości, subtelności, bo trudno wytłumaczyć prowadzenie przez Ducha komuś, kto daje się prowadzić wyłącznie własnym zachciankom.

I jeszcze ten trudny tytuł „Paraklet”, który dawniej był tłumaczony jako „Pocieszyciel”, ale w V wydaniu Biblii Tysiąclecia słusznie pozostawiono to dziwne greckie słowo. Bowiem Parakletosto nie tylko pocieszyciel, ale przede wszystkim świadek obrony w sądzie, obrońca. Otóż my, uczniowie Jezusa, ciągle jesteśmy stawiani przed swoistym „sądem” świata, który zarzuca nam bezsens naszej wiary. Jak można wierzyć w kogoś, kto został ukrzyżowany, zabity?! Trudno byłoby nam bronić się przed tymi zarzutami… ale na tej sali sądowej pojawia się niezwykły świadek obrony, Duch Święty, który swoim działaniem udowadnia, że to my mamy rację, że Jezus jest Panem. Można by powiedzieć, że całe 2000 lat historii Kościoła to taki ciągły proces, gdy świat nas atakuje, ale nie potrafi wygrać, bo na tej rozprawie stale jest obecny On, nasz Obrońca, Duch Boży.

„Duch Święty modli się w nas”, słyszymy z ust św. Pawła. To znaczy, że my nie musimy się już modlić?

Ostrożnie! Św. Paweł mówi, że Duch przychodzi z pomocą naszej słabości, gdy nie umiemy się modlić tak, jak trzeba (albo, jak tłumaczą inni, gdy nie wiemy, o co trzeba prosić). wyraźnie zakłada, że my robimy wszystko, co w naszej mocy, ale doświadczamy słabości naszej modlitwy (któż jej nie doświadczył?); wtedy Duch Święty ją dopełnia, udoskonala. Dla mnie te słowa są bardzo pocieszające, gdy doświadczam na modlitwie pustki i bezsilności. Wiem, że ta modlitwa nie jest jałowa, bo Ktoś ją dopełnił swoją doskonałą modlitwą. Kiedyś słyszałam o sławnym skrzypku, który przez długą chwilę słuchał żebraka „bezlitośnie męczącego skrzypce”, a wreszcie wziął do rąk jego instrument i zagrał po mistrzowsku. Myślę, że Duch Święty chce grać na skrzypcach mojej nędznej modlitwy. I bardzo żałuję, że nie potrafię usłyszeć Jego gry…

Duch Święty przychodzi do człowieka ze swymi darami. Z tej współpracy rodzą się… No właśnie, owoce, czy raczej owoc?

W Ga 5, 22 św. Paweł pisze o „owocu” w liczbie pojedynczej. Uważam, że to rozróżnienie pomiędzy uczynkami ciała (w liczbie mnogiej) a owocem Ducha jest głęboko uzasadnione. Poszczególne „uczynki ciała” mogą występować u różnych osób: bałwochwalca nie musi być pijakiem, a pijak — zazdrośnikiem itd. Natomiast trudno wyobrazić sobie kogoś prowadzonego przez Ducha Świętego, kto jest tylko cierpliwy, a nie jest łagodny, uprzejmy itd. To, co Apostoł nazywa „owocem Ducha”, stanowi harmonijną całość, gdzie brak jednego elementu stawia pod znakiem zapytania autentyczność reszty.

„Duch unosił się ponad wodami” – czytamy w Księdze Rodzaju. Jak to możliwe, jeżeli nie było wówczas jeszcze świata? Opis stworzenia zacznie się dopiero za chwilę.

Starożytnym Izraelitom z trudem przychodziło myślenie abstrakcyjne, zauważmy, że pojęcie „stworzenia z niczego” pojawi się po raz pierwszy wyraźnie dopiero w Księgach Machabejskich, w bardzo późnych tekstach. Bo jakże mogłoby nie być niczego? Natomiast trzeba tu zrozumieć, co dla człowieka Biblii oznacza otchłań wód: to groźna, niebezpieczna rzeczywistość (zupełny brak stabilności!), siedziba potworów morskich. Ten obraz dobrze pasował do wyrażenia stanu sprzed stworzenia: ciemno, głucho, tylko bezmiar wód… ale nad tymi wodami unosi się Duch Boży. Bóg wprowadzi ład, stworzy światłość, zapewni bezpieczeństwo swoim stworzeniom. Może warto też podkreślić, że niektórzy komentatorzy zupełnie inaczej rozumieją to hebrajskie wyrażenie ruach Elohim, które my tłumaczymy „nabożnie” jako „Duch Boży”. Oni tłumaczą: „a silny wiatr (ruach!) wiał nad wodami”. Zatem obecność ruach byłaby nie tyle pierwszą oznaką stworzenia, ile raczej jeszcze jednym elementem pierwotnego bezładu.

Dlaczego Apostołowie, kiedy dotknął ich Duch Święty, mówili językami, a my w czasie bierzmowania nie otrzymujemy tego daru?

Chciałoby się odpowiedzieć słowami skierowanymi przez Pana Jezusa do Apostołów (w zupełnie innym kontekście): „Z powodu słabej wiary waszej”. Ale oczywiście problem jest bardziej skomplikowany. Bo przede wszystkim, kto powiedział, że dar języków to jedyny możliwy znak obecności Ducha? Cóż możemy powiedzieć o tym, co dzieje się w tej chwili w sercach ludzi, którzy przyjmują sakrament bierzmowania? (Jeśli ktoś powie, że nie dzieje się nic, znajdzie odpowiedź w słowach Jezusa o słabości wiary). Co na pewno jest obce Duchowi Świętemu, to automatyzm -„zawsze musi być tak”. Wcale nie musi! Zresztą gdyby każde bierzmowanie owocowało „eksplozją” daru języków, nie byłoby już miejsca na wiarę, działanie Ducha byłoby aż nazbyt oczywiste. A poza tym… wyobraźmy sobie kościół pełen młodzieży, który nagle rozbrzmiewa modlitwą w językach. Obawiam się, że świadkowie tego wydarzenia, zamiast dziękować za dar Ducha, wezwaliby pomoc medyczną…

W jednym opisie ewangelicznym czytamy, że Jezus Zmartwychwstały tchnął Ducha w Apostołów. Co zatem z Pięćdziesiątnicą?

Rzeczywiście, w Ewangelii według św. Jana czytamy, że wieczorem po zmartwychwstaniu Jezus tchnął na uczniów i rzekł im: „Weźmijcie Ducha Świętego”, natomiast w Dziejach Apostolskich zesłanie Ducha ma miejsce w dzień Pięćdziesiątnicy, a więc 50 dni po tym święcie Paschy. 50 dni różnicy! Jednak zamiast „uzgadniać na siłę” te teksty, lepiej odczytać, co każdy autor chciał nam przekazać. Św. Jan podkreśla ścisły związek pomiędzy Męką i Zmartwychwstaniem Jezusa a darem Ducha (warto przypomnieć, że Jan wyraża śmierć Jezusa słowami: „oddał/przekazał ducha”!). Jezus dokonał dzieła odkupienia, teraz zaczyna się zupełnie nowy etap historii, który św. Paweł nazwie „nowym stworzeniem”, a Jan powie to „po swojemu”: Jezus TCHNĄŁ — podobnie jak Bóg, stwarzając człowieka, obdarzył go tchnieniem życia, i podobnie jak prorok Ezechiel wołał do Ducha, by tchnął, aby ożyły wyschłe kości. Dar Ducha, tchnienie Ducha, to początek nowego stworzenia. Zatem św. Jan pragnie, byśmy pamiętali, że w chwili, gdy otrzymaliśmy Ducha (czyli podczas chrztu), zaczęliśmy zupełnie nowe życie, życie dzieci Bożych.

Natomiast Dzieje Apostolskie ukazują nam ważną prawdę o Kościele. Uczniowie Jezusa już spotkali Zmartwychwstałego, ale potrzebują czasu przygotowania, by móc dzielić się tą prawdą ze światem. Trwają na modlitwie w Wieczerniku: to taki „nowicjat” Kościoła, czas modlitwy i głębszego zrozumienia zarówno samego siebie, jak i otrzymanych darów. Aż nadchodzi ten dzień świąteczny, w którym Izraelici świętowali też nadanie Prawa na Synaju. W tym właśnie dniu z mocą zstępuje na nich Duch Święty, a oni natychmiast zaczynają głosić Słowo.

Myślę, że bardzo potrzebujemy tych obu opisów, by pamiętać, że wielkie dary Boże otrzymaliśmy za cenę Krwi Chrystusa, ale też by pamiętać, że przyjęcie wielkich darów wymaga niekiedy poważnego przygotowania.

Jak czytać Pismo Święte w Duchu, aby nie traktować go jak księgę historyczną? Jak według Ciebie mamy czytać Boże słowo, by było pożywne dla naszego życia?

Nie powinniśmy pozbawiać Biblii jej wartości historycznej czy literackiej, ale oczywiście dla nas, ludzi wierzących, nie to jest najważniejsze. Bo owszem, można czytać Pismo św. jak książkę historyczną czy powieść. I może to być całkiem przyjemna lektura, przydatna do rozwiązywania krzyżówek, ale nie odmieni naszego życia. Tymczasem odpowiedź kryje się już w pytaniu: ta Księga jest inna od wszystkich innych książek, bo to ona przekazuje nam słowo Boże. Czytam list od Boga, w którym On dziś mówi właśnie do mnie, choć ten list powstał parę tysięcy lat temu. Dziś Bóg korzysta z tych dawnych słów, by powiedzieć mi coś nowego, co odnosi się do mojego niepowtarzalnego życia i tylko ja mogę to usłyszeć, odczytać. Nie przeczę, czasem to nie jest łatwe; nie tylko dlatego, że księgi biblijne powstały w innych czasach i kulturze, ale też dlatego, że my dzisiaj w ogóle odzwyczajamy się od myślenia „po Bożemu i o Bogu”. Wszystko, co nie mieści się w naszym „tu i teraz”, czego nie można policzyć i zobaczyć, wydaje się nam karkołomną abstrakcją. Ostatnio wczytuję się w ojców Kościoła i myślę ze świętą zazdrością o tych czasach, gdy rozważanie Bożych spraw było czymś naturalnym. Czy jeszcze kiedyś, jak podczas soboru efeskiego, przekupki będą kłócić się o to, czy Maryi przysługuje tytuł Matki Boga? Ale wracając do tematu: ktoś pięknie powiedział, że trzeba nam „zamieszkać w Biblii”, wejść w jej świat i mentalność, zaprzyjaźnić się z Abrahamem, Mojżeszem, Piotrem, Pawłem… oni mogą nam tyle powiedzieć ze swojego doświadczenia. Zamieszkać w Biblii to już trochę zamieszkać w niebie. Dlatego tak ważną rzeczą jest, by na początku spotkania ze Słowem poprosić o pomoc Ducha Świętego. Skoro natchnął autora, może też pomóc nam właściwie odczytać tekst. Byleby tylko chcieć zacząć… Słyszałam kiedyś o stęsknionym mężu, który z zagranicy codziennie posyłał listy do żony, a ona przechowywała je w szufladzie związane wstążką… nigdy nie otwarte. Oto dramat naszej zakurzonej Biblii: pieczołowicie przechowywanego listu od Boga zakochanego w człowieku.

W kościelnym „slangu” czasem mówimy: trzeba oświetlać Pismem świętym naszą codzienność. Co to znaczy?

Odpowiedź na to pytanie może mieć wiele aspektów, zresztą w poprzedniej wypowiedzi też dotknęłam tych kwestii; teraz spróbuję wskazać jeden aspekt. W naszych kontaktach ze słowem Bożym obowiązuje ta sama zasada, co w każdej ludzkiej relacji, przyjaźni. Im więcej z kimś rozmawiasz, tym lepiej poznajesz jego sposób myślenia, wartościowania, znasz jego upodobania i zwyczaje. Podobnie gdy dobrze znamy Pismo św., możemy — przynajmniej w jakiejś mierze — patrzeć na świat, na nasze życie, oczyma Boga; domyślamy się, jak On oceniłby jakieś wydarzenie, co dla Niego jest ważne, a co nieistotne. Taka zdolność pomogłaby nam uniknąć bardzo wielu życiowych błędów, nie dalibyśmy się oszukać obiegowym „jedynie słusznym” opiniom. Ale znowu: tej zdolności nie posiądzie się przez sporadyczny kontakt ze Słowem, to musi być prawdziwa zażyłość.

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Z Danutą Piekarz rozmawiał: o. Krzysztof M. Górski OCD

Danuta Piekarz — konsultor Papieskiej Rady ds Świeckich, biblistka i italianistka, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, prowadzi sesje biblijne w Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów i w Domu rekolekcyjnym w Czernej.

www.opoka.org.pl