ZMARTWYCHWSTANIE CHRYSTUSA, CZYLI RZECZ O WYJŚCIU NA BRZEG

Kategorie: Ciekawe artykuły

Jak to jest z tym cierpieniem i krzyżem Jezusa i po co to wszystko? Mówi się, iż jakiś człowiek z Galilei, około 2 tys. lat temu, umarł ukrzyżowany, jako ofiara podstępnego spisku ówczesnej żydowskiej elity religijnej. Śmierć na krzyżu nie była wtedy nowością. W ten sposób Rzymianie wykonywali wyroki śmierci na swoich poddanych, za wyjątkiem obywateli Rzymu. Ale jak to jest, iż to miałaby być jakaś śmierć odkupieńcza, za innych ludzi, przecież to było bardzo dawno temu. Te pytania są całkiem uprawnione i człowiek ma prawo szukać na nie odpowiedzi. „Uwierzyć” szuka „zrozumieć”.

Odpowiedź leży jednak nie w samym tylko „case study” Jezusa z Nazaretu, rozwikłaniu kolejnych zagadek, ale w doświadczeniu. Chrześcijaństwo to nie jest religia, tylko doświadczenie wiary. Przez to doświadczenie pytania schodzą z „poziomu okularów”, na poziom serca, a więc uczuć, bo tam jest odpowiedź. Pan Bóg osobiście odpowiada człowiekowi na jego pytania: w Słowie, w rożnych wydarzeniach. Trzeba tylko zacząć czytać swoje życie.

Wielka Noc jest jednocześnie tajemniczą Nocą. Nikt nie był świadkiem zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu. Uczniowie są świadkami Zmartwychwstałego, ale nie byli świadkami Zmartwychwstania. I jak w to uwierzyć? Człowiek lubi mieć podane, jak na tacy, a tutaj tak nie jest… Jest natomiast tajemnicza, ale dotykalna obecność. Chrystus je i pije z apostołami, umacnia ich, upomina, zapewnia o swojej obecności. Oni Go doświadczają. Co ciekawe, apostołowie mają udać się do Galilei (Mt 28, 7). Galilea oznacza początek. Tam Jezus rozpoczął swoją działalność publiczną, tam także powoływał swoich uczniów. To nie ma być podróż sentymentalna, ale powrót do początków spotkania z Jezusem. To ma być powrót do — by posłużyć się słowami Apokalipsy – „pierwotnej miłości”. Apostołowie wracają do źródeł, ale są innymi ludźmi, niż na początku drogi z Jezusem. Oni doświadczyli nie tylko umierania Jezusa, któremu zaufali i chodzili za Nim, ale doświadczyli także własnego umierania. Świadczą o tym np. łzy Piotra. Łzy to jakaś forma wołania o pomoc.

Mają powrócić do Galilei z tym, że teraz relacja z Jezusem jest oczyszczona przez Jego krzyż i zmartwychwstanie. Miłość, aby była czysta, musi przejść przez różne brudy, także takie, jak zaparcie się Mistrza, zdrada, płacz, zaprzeczanie swojemu pochodzenia z Galilei, ucieczka. Miłość musi się opierać na dwojgu – tutaj na na dwóch prawdach: na prawdzie o Chrystusie, który kocha bezwarunkowo oraz na drugiej prawdzie, która mówi, kim jest człowiek. Ten człowiek jest po pierwsze zdolny do poświęceń, do opuszczenia swoich dotychczasowym zajęć i pójścia za drugim człowiekiem, oddania swojego życia. Tak uczynili apostołowie. Ten sam człowiek jest także zdolny do zdrady i wyparcia się tego, komu dotychczas poświęcał czas i siły i przez kogo był uczony. Jednakże miłość Pana Boga zwycięża słabości człowieka.

Skąd więc tyle trudności? Bo człowiek nie chce… wrócić z łowienia ryb. Ewangelia według św. Jana opisuje, jak to apostołowie, było to już po pogrzebie Jezusa, poszli łowić ryby (J 21,1-3). Słowa Piotra: „Idę łowić ryby” oraz odpowiedź jego towarzyszy „Idziemy i my z tobą” z pewnością nie były wypowiedziane z entuzjazmem. Nie chodzi tutaj o sam trud łowienia ryb, do którego byli oni zaprawieni, jak mało kto. Chodzi o nastrój i uczucia. Apostołowie czują, iż życie się im zawaliło, a do tego, kto wie, czy i oni nie znaleźli się na liście poszukiwanych. Skoro rozprawiono się z liderem wspólnoty, to prawdopodobnie wezmą się teraz za pozostałych.

W pewnym momencie na brzegu pojawia się człowiek i karze tym zrezygnowanym rybakom zarzucić sieci po prawej stronie. Całą noc łowili i nic nie złowili, a teraz sieci aż rwą się od ryb. Obecni w łodzi przeżywają szok, bo już kiedyś byli świadkami czegoś podobnego. Chrystus daje się poznać przez różne wydarzenia, czasami nawet takie same bądź podobne. Jeden z apostołów odczytuje dobrze to, co widzi on sam oraz inni: „To jest Pan”. Wszyscy chcą czym prędzej dopłynąć do brzegu. Można jednak pozostać w łódce, rezygnując z wyjścia na stały ląd, a za to pływając w coraz większej rezygnacji z siebie i beznadziei na złowienie czegokolwiek. Pozostanie w łodzi oznacza rezygnację z Jezusa na rzecz płotek, które zresztą nie dają się złapać.

Chrystus przychodzi i daje się dotknąć. Aby tego dokonać, trzeba wyjść na brzeg. To oznacza zostawienie w tej łódce swojego lęku i wszystkich dotychczasowych planów (które i tak wzięły w łeb), pomysłów i frustracji. Tam apostołowie dotkną Go żywego, a przecież niedawno był on pojmany, torturowany i zabity. Wiara polega właśnie na doświadczaniu obecności życia pomimo dotykania przemijania i śmierci. Życie zacznie wtedy nabierać nowych barw.

Jan Paweł II, który 1 maja zostaje ogłoszony błogosławionym, w encyklice „Dives in misericordia” napisał: „Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem, nad tym, co człowiek — zwłaszcza w chwilach trudnych — nazywa swoim losem. Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka (…) W tajemnicy paschalnej granica tego wielorakiego zła, jakie jest udziałem człowieka w jego doczesności, zostaje jeszcze przekroczona: krzyż Chrystusa przybliża nas bowiem do najgłębszych korzeni tego zła, jakie tkwią w grzechu i śmierci. To, iż zmartwychwstał trzeciego dnia, stanowi końcowy znak misji mesjańskiej, znak wieńczący całokształt objawienia miłości miłosiernej w świecie poddanym złu” (n. 8).

Norbert Frejek SJ
www.opoka.org.pl